Terapie konwersyjne: pseudonauka, którą Razem chce zakazać

Tzw. terapie konwersyjne mają „leczyć” homoseksualność albo transpłciowość. Nauka od dawna mówi jednoznacznie: nie ma czego leczyć, a same praktyki są nieskuteczne i szkodliwe — od depresji po próby samobójcze. WHO wykreśliła homoseksualność z klasyfikacji chorób w 1990 roku, niezależny ekspert ONZ w 2020 roku porównał te praktyki do tortur, a Malta, Niemcy i Francja już je zakazały. W Polsce wciąż są legalne. Razem chce to zmienić.

Uczestnicy marszu równości z tęczowymi flagami na ulicy podczas Steyr Pride 2024

„Terapia konwersyjna” to zbiorcza nazwa na praktyki, które mają zmienić czyjąś orientację seksualną albo tożsamość płciową — z homoseksualnej na heteroseksualną, z transpłciowej na zgodną z płcią wpisaną w akcie urodzenia. Przybierają różne formy: od rozmów u „terapeuty” i modlitewnych sesji po hipnozę, leki, a w skrajnych wersjach elektrowstrząsy. Łączy je jedno błędne założenie: że jest tu jakaś choroba do wyleczenia. Nauka odrzuciła to założenie dekady temu. W Polsce takie „terapie” wciąż nikomu nie łamią prawa — można je reklamować i sprzedawać. Razem chce postawić na to jasny zakaz.

Co naprawdę mówi nauka

Punktem zwrotnym był rok 1990. Wtedy Światowa Organizacja Zdrowia usunęła homoseksualność z Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób — decyzja weszła w życie 17 maja, dziś obchodzonego jako Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii. W obowiązującej dziś klasyfikacji ICD-11 WHO nie ma już żadnej jednostki „homoseksualizm”, a bycie osobą trans przestało być klasyfikowane jako zaburzenie psychiczne — „niezgodność płciowa” została przeniesiona do rozdziału o zdrowiu seksualnym właśnie po to, by zdjąć z tych osób piętno choroby psychicznej. Skoro nie ma choroby, nie ma też czego „konwertować”.

To nie jest niszowa opinia. Niezależny ekspert ONZ ds. ochrony przed przemocą i dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową (SOGI) poświęcił terapiom konwersyjnym cały raport dla Rady Praw Człowieka z 2020 roku, w którym opisał je jako praktyki z natury poniżające, dyskryminujące i okrutne, często powodujące ból i cierpienie na poziomie tortur lub złego traktowania, i wezwał państwa do ich zakazu. Raport zebrał też świadectwa: skutkiem tych praktyk bywają depresja, lęk, poczucie winy, wstyd, utrata wiary w siebie i myśli samobójcze.

W Polsce stanowisko środowiska medycznego jest równie jednoznaczne. Polskie Towarzystwo Seksuologiczne w oficjalnym stanowisku z 2016 roku stwierdza wprost, że homoseksualność i biseksualność nie są zaburzeniami, a próby ich „leczenia” czy „naprawiania” są nie tylko nieskuteczne, ale też szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Podobne stanowisko od lat zajmuje Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, wskazując, że tzw. terapie reparatywne czy konwersyjne nie mają podstaw naukowych i mogą wyrządzać krzywdę. Samo środowisko medyczne, które rzekomo miałoby „naprawiać” orientację, odmawia udziału w takich praktykach.

Skala zjawiska w Polsce jest trudna do policzenia — te praktyki działają w szarej strefie, bez rejestru i bez nadzoru, często pod szyldem poradnictwa albo posługi duszpasterskiej. To zresztą jeden z powodów, dla których potrzebny jest wyraźny zakaz ustawowy: dopiero on daje podstawę, by ścigać oferujących „leczenie” orientacji. Dane poglądowe.

Gdzie już to zakazano

Polska nie musi niczego wymyślać od zera — wystarczy sięgnąć po gotowe wzory z krajów, które ten problem już rozwiązały.

W trzech różnych systemach prawnych i przy trzech różnych większościach politycznych ustawodawcy doszli do tego samego wniosku: państwo nie może pozwalać, by ktoś sprzedawał „leczenie” czegoś, co chorobą nie jest. Polska w tym gronie na razie nie figuruje.

Co proponuje Razem

Deklaracja programowa Razem z 2025 roku ujmuje rzecz jednym zdaniem, bez żadnych zastrzeżeń:

Zakażemy tzw. terapii konwersyjnych.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Polska wolności, równości i solidarności” (pkt 4), partiarazem.pl

Ten postulat nie stoi w programie osobno — to część szerszego pakietu, w którym partia zapowiada też uwzględnienie orientacji seksualnej i tożsamości płciowej w przepisach o przestępstwach z nienawiści oraz zwalczanie dyskryminacji w pracy i w dostępie do usług, ochrony zdrowia, edukacji i zabezpieczenia społecznego. W praktyce zakaz „terapii” konwersyjnych oznacza kilka konkretów:

  • Wyraźny zakaz ustawowy stosowania i oferowania praktyk mających zmienić orientację seksualną lub tożsamość płciową — wzorem Malty, Niemiec i Francji.
  • Szczególna ochrona osób małoletnich, które najczęściej trafiają na takie „terapie” nie z własnej woli, lecz pod naciskiem rodziny czy otoczenia.
  • Objęcie zakazem także reklamy i pośrednictwa — żeby nie dało się obejść prawa, sprzedając to samo pod inną nazwą.
  • Realne ściganie, a nie martwy przepis — bo bez sankcji zakaz jest tylko deklaracją.

Chodzi o prostą rzecz: dopóki państwo milczy, „terapeuta” obiecujący rodzicom, że „naprawi” ich dziecko, działa całkowicie legalnie. Zakaz odbiera mu ten parasol. Jest to zresztą element tej samej logiki, co ochrona przed przemocą i dyskryminacją — przemoc symboliczna „leczenia” i przemoc fizyczna to dwa końce tego samego kontinuum.

Ma to też twardy wymiar zdrowotny. Skutki terapii konwersyjnych — depresja, lęk, kryzysy samobójcze — trafiają potem do systemu ochrony zdrowia, który dziś ledwo daje radę. O tym, jak wygląda dostęp do pomocy psychologicznej w Polsce, pisze siostrzany serwis o zdrowiu: Zdrowie psychiczne bez kolejki i bez karty kredytowej. Zakaz pseudoterapii i realny dostęp do rzetelnej pomocy psychologicznej wiążą się ze sobą — jedno bez drugiego nie rozwiązuje problemu.

Źródła i dalsza lektura